CZĘŚĆ IV

Roz­dział dzie­siąty

 

Wiel­ka­noc last mi­nute

 

 

Show must go on.

Uro­dziny, Boże Na­ro­dze­nie, Nowy Rok, Dzień Świę­tego Pa­tryka, przy­wi­ta­nie oraz po­że­gna­nie lata, no i oczy­wi­ście Wiel­ka­noc.

Są to dni, święta, oka­zje, które sta­ramy się w moim domu ce­le­bro­wać.

Nie ma to nic wspól­nego z wiarą.

Wiąże się to ra­czej z tra­dy­cją.

– Z jaką tra­dy­cją? – za­py­ta­cie.

Ano z na­szą. Z tym, co wy­nie­śli­śmy z na­szych do­mów, z na­szego dzie­ciń­stwa, z kul­tury, w któ­rej do­ra­sta­li­śmy.

Lu­bię te dni – i tyle.

Lu­bię przy­go­to­wa­nia, lu­bię wy­strój, lu­bię at­mos­ferę.

Do nie­dawna jed­nak, za­miast się cie­szyć i kon­cen­tro­wać na przy­jem­nej stro­nie tych dni, prze­ży­wa­łam stres.

Stres, bo:

– Trzeba coś ku­pić na pre­zenty – tak jakby głów­nie o pre­zenty w tych dniach cho­dziło. Tak jakby na­le­żało ku­pić so­bie ra­dość.

– Trzeba ku­pić mnó­stwo je­dze­nia – tak jakby zbli­żał się ka­ta­klizm i całe je­dze­nie miało znik­nąć z pó­łek skle­po­wych.

– Trzeba sa­mo­dziel­nie go­to­wać i pich­cić przez cztery dni – tak jak­bym mu­siała udo­wad­niać, że je­stem ko­bietą go­spo­chą, która lepi pie­rogi i robi kieł­basy. Uda­wać ko­goś in­nego.

– Trzeba ko­niecz­nie coś ład­nego, naj­le­piej no­wego na sie­bie wło­żyć – bo je­śli go­ście zo­ba­czą mnie w ciu­chach, w któ­rych cho­dzę na co dzień, do­znają szoku. „Nie” dla spodni dre­so­wych. „Tak” dla su­kienki nie­dziel­nej.

– Trzeba mieć wy­strój jak z ka­ta­logu, ko­niecz­nie wy­dać kil­ka­set zło­tych, aby było trendy. Prze­cież na Fa­ce­bo­oka wrzu­cimy foty i wszy­scy zna­jomi zo­ba­czą, że u mnie de­ko­ra­cja z ze­szłego roku, i bę­dzie SIARA!!!

 

Naj­le­piej to wziąć urlop, aby ze wszyst­kim zdą­żyć, no i jesz­cze chwi­lówkę, aby na wszystko mieć.

Show must go on – nie­ważne, ja­kim kosz­tem, ważne, aby wi­dow­nia była za­do­wo­lona i aby były gło­śne brawa.

 

Nie duma ma nas roz­pie­rać, ale ra­dość.

Te­raz już wiem i więk­szość z Was też wie, że w ży­ciu nie cho­dzi o to, aby po­do­bać się in­nym.

Roz­pie­ra­jąca nas duma nie ma być ce­lem sa­mym w so­bie. Mamy się cie­szyć, ra­do­wać, od­czu­wać szczę­ście i mieć po­czu­cie dumy bez za­bie­ga­nia o nie. Te uczu­cia mają to­wa­rzy­szyć temu, co ro­bimy. One przy­cho­dzą jako sku­tek uboczny. 🙂

Przy­cho­dzą jed­nak tylko wtedy, gdy je­ste­śmy TU I TERAZ, a nie ży­jemy tym, co bę­dzie za chwilę.

Cza­sem jed­nak w tym pę­dzie za­po­mi­namy o tej tak pro­stej za­sa­dzie i cią­gle go­nimy to coś, co ma być za chwilę.

Te­raz się na­ro­bię, a po­tem od­pocznę.

Te­raz się zajmę sto­łem i zmy­wa­niem, aby go­ściom było miło, a po­tem będą mnie do­brze wspo­mi­nali.

Te­raz po­sprzą­tam ten syf, żeby po­tem mieć już z głowy.

Uff, można od­po­cząć i po­my­śleć, skąd wy­trza­snąć kasę na ra­chunki po świę­tach.

Cią­gle na­sze „te­raz” mar­nu­jemy, trak­tu­jąc je jako mo­ment na­szego wkładu we wspa­niałe „za chwilę”, a kiedy „za chwilę” przy­cho­dzi, znów trak­tu­jemy je jak „te­raz”, które jest wkła­dem w ko­lejne „za chwilę”.

Dla­tego w no­sie mam to, co bę­dzie. No, nie do końca, bo o kon­se­kwen­cjach wła­snych czy­nów trzeba my­śleć. Mam jed­nak w no­sie za­mar­twia­nie się tym, co bę­dzie, jak bę­dzie, czy spro­stam, czy mi się uda, czy zdążę, czy za­do­wolę in­nych, czy nie będę się wsty­dziła.

Szcze­gól­nie je­śli mamy do czy­nie­nia z mo­men­tami, które po­winny być przy­jem­no­ścią, a nie ka­torgą.

To, jak prze­ży­wamy swoje ży­cie, za­leży od nas, a nie od oko­licz­no­ści.

Pi­sa­łam już o tym w tek­ście Ręcz­nie ro­biona at­mos­fera świąt.

 

Wiel­ka­noc last mi­nute

No i przy­szedł czas świąt Wiel­ka­nocy.

Idąc za moim to­kiem ro­zu­mo­wa­nia, ma być bez stresu.

Miło, lekko i przy­jem­nie.

A tu psi­kus typu „ma­lo­wa­nie w domu się prze­su­nęło i po­trwało do Wiel­kiego Piątku”.

Za­kupy nie­zro­bione. Dom nie­sprząt­nięty. Za­ją­czek w skle­pie jesz­cze nie był. O de­ko­ra­cjach pro­sto z serca o tej po­rze można już za­po­mnieć. O no­wej kiecce na­wet nie my­ślę, je­śli nie było czasu na ze­skro­ba­nie farby z pa­znokci. Farba na ściany po­chło­nęła sporą część do­mo­wego bu­dżetu, więc kasa na kon­cie nie kipi.

Pa­nika!!!!!!

I na­gle ciiiiiiiiii. Uspo­kój się, ko­bieto. Cof­nij te emo­cje i wróć do tej czę­ści mó­zgu, gdzie wy­brzmie­wają słowa z po­czątku tego roz­działu.

Czym się mar­twisz?

To tylko Wiel­ka­noc last mi­nute.

Last mi­nute nie zna­czy, że ma być go­rzej.

Ma być tylko nie­spo­dzie­wa­nie i z mniej­szym po­lem ma­newru.

Nie zna­czy, że go­rzej, i nie zna­czy, że nie może cie­szyć.

Naj­waż­niej­sze to po­zo­stać w „te­raz”, a nie my­śleć o „za chwilę”. Trzeba się cie­szyć każ­dym bie­żą­cym mo­men­tem, a nie mar­twić nad­cho­dzą­cym.

 

TUTERAZ.

Za­czę­łam więc prze­ży­wać chwile. Kro­czek za krocz­kiem, nie my­śląc o ko­lej­nym.

Pią­tek, go­dzina czter­na­sta – pa­no­wie na­dal na dra­bi­nach. Zro­bi­li­śmy więc za­kupy. Ku­po­wa­li­śmy to, co może się przy­dać. Bez planu. Bez li­sty. Nie to, co MUSIMY MIEĆ, ale to, z czego coś mo­żemy zro­bić.

Pią­tek, go­dzina szes­na­sta trzy­dzie­ści – pa­no­wie na­dal na dra­bi­nach, więc z kar­to­nów, które le­żały na pod­ło­dze, i farb w pusz­kach zro­bi­li­śmy za­jące.

4

 

 

Tak nam się spodo­bały w swo­jej pro­sto­cie, że po­wstały jesz­cze ba­ranki. 

8 4

 

 

Skoro pa­no­wie ma­la­rze na­dal nie koń­czyli, a farby było tyle, to wy­ko­rzy­sta­li­śmy jesz­cze stare worki ju­towe i po­wstały wiel­ka­nocne gir­landy.

2

 

I na­gle po­szli. Wy­szli. Nie ma ich. Skoń­czyli. Oka­zało się, że kiedy ro­bi­li­śmy miłe rze­czy i sku­pia­li­śmy się na nich, czas zle­ciał szyb­ciej, niż my­śla­łam. Nie było stresu i my­śle­nia, że nie zdą­żymy, bo ni­gdzie się nie śpie­szy­li­śmy. Cie­szy­li­śmy się tym, co ro­bi­li­śmy. Prze­ży­wa­li­śmy „te­raz”.

Udało się więc do­pro­wa­dzić dom do stanu uży­wal­no­ści.

So­bota mi­nęła, po­dob­nie jak pią­tek. Bez ci­śnie­nia. Na lu­zie. Jajka po­ma­lo­wa­li­śmy do­piero rano. Oczy­wi­ście far­bami do ścian. To nic, że były to okropne pa­skudy. Naj­waż­niej­sze, że po­ma­lo­wane.

Tu­li­pany za­wsze same się obro­nią, szcze­gól­nie gdy to­wa­rzy­szą im per­licz­kowe piórka. 🙂

5

W sza­fie są czy­ste ubra­nia, a w ła­zience ko­sme­tyki, więc udało się też do­pro­wa­dzić sie­bie do wy­glądu nieco bar­dziej świą­tecz­nego.

Skoro make-up już jest i po­goda piękna, to idąc na lody w dro­dze z ko­ścioła ze świę­conką w ręku, za­ha­czy­li­śmy o sklep z za­baw­kami. Bez za­mó­wie­nia dla za­jąca – tylko to, co serce pod­po­wiada. Prze­cież znamy swoje dzieci. Ma być dużo cze­ko­lady i upo­mi­nek, który zmie­ści się pod po­duszką. Cho­dzi o to, aby nie le­cieć i nie my­śleć: „Jesz­cze pre­zent! Jesz­cze pre­zent! Nie mam nic dla dzieci!”. Cieszmy się chwilą. Chodźmy na lody. Pre­zent i tak zdą­żymy zor­ga­ni­zo­wać. Wy­star­czy wy­brać lo­dziar­nię obok za­baw­ko­wego.

Druga po­łowa so­boty zo­sta­nie na prace w kuchni i roz­nie­sie­nie za­pa­chu świąt po miesz­ka­niu.

A w nie­dzielę bądźmy z bli­skimi. Nie myślmy, o któ­rej po­dać kaczkę. Nie myślmy, czy sa­łatka jest zbyt słona. Nie mar­twmy się, co bę­dziemy ro­bić w po­nie­dzia­łek. Ze wszyst­kim zdą­żymy. Je­dze­nia nie za­brak­nie. Nikt nie bę­dzie głodny. My ra­czej pil­nujmy, aby nie prze­ga­pić ma­gicz­nych chwil

  W święto Wiel­ka­nocy po­winny się po­ja­wić ba­ranki, za­jączki, jajka i buksz­pan. Żu­rek i swoj­skie po­trawy. Naj­waż­niej­sze, aby nie dać się zła­pać w wir pędu i zmar­twień. W tym dniu mamy się tym wszyst­kim dzie­lić z bli­skimi. My­śleć o wio­śnie i no­wym po­czątku. Pójść na spa­cer, po­dzi­wiać za­chód słońca, wejść na drzewo, zo­ba­czyć skow­ronka i bie­dronkę, słu­chać żu­rawi, zna­leźć skarb (o tym w na­stęp­nym roz­dziale), po­szu­kać wio­sny. Cie­szyć się, śmiać, żar­to­wać, wspo­mi­nać, do­ce­niać, a wszyst­kie zmar­twie­nia i tro­ski od­su­nąć naj­da­lej, jak się da, od swo­ich my­śli.

 

Kiedy więc ktoś ży­czy mi ZDROWYCH I WESOŁYCH ŚWIĄT, a ja mó­wię „DZIĘKUJĘ”, to ta­kie wła­śnie święta mam za­miar mieć.

Zdrowe i we­sołe, a nie modne, bo­gate, za­pla­no­wane, do­piesz­czone, ide­alne, z li­stą za­dań w ręku.