CZĘŚĆ IV

Roz­dział trzeci

 

Ry­su­nek – nie dla psa kieł­basa

Pa­pier przyj­mie wszystko. Tak, wszystko… na­wet naj­brzyd­szą abs­trak­cję, jaka sie­dzi w na­szym umy­śle – i nic ni­komu do tego, czy abs­trak­cja ta jest przy­jemna dla oka od­biorcy, czy nie. Naj­waż­niej­sze to wy­pu­ścić po­my­sły z głowy lub de­lek­to­wać się sa­mym uczu­ciem eks­pre­sji

 

Dwa­dzie­ścia sześć lat.

Tyle czasu mu­siało mi­nąć, że­bym prze­my­ślała coś tak pro­stego.

Kiedy by­łam mała, ro­bi­łam mnó­stwo róż­nych rze­czy. Srokę trzy­ma­łam co chwila za inny ogon, nie wie­dząc, że to wciąż ta sama sroka, tylko z wie­loma ogo­nami. O sroce pi­sa­łam wcze­śniej.

Ry­su­nek to jedna z rze­czy, które spra­wiały mi praw­dziwą przy­jem­ność do trzy­na­stego czy czter­na­stego roku ży­cia.

Ba­zgra­łam więc na kart­kach, co po­pad­nie i jak po­pad­nie. Nie pa­trzy­łam, jak to ro­bią inni. Nie zna­łam żad­nej tech­niki. Zwy­czaj­nie ry­so­wa­łam, bo lu­bi­łam. W szkole pani mnie po­chwa­liła i za­częło się.

A może je­stem w tym do­bra?

Do­bra? Czyli lep­sza niż inni?

Pani mnie prze­cież wy­róż­niła na tle klasy.

Może ry­so­wa­nie to moje prze­zna­cze­nie?

Ale pani to tylko na­uczy­cielka pla­styki.

Wo­la­ła­bym to usły­szeć od ko­goś bar­dziej kom­pe­tent­nego.

 

I zna­lazł się pan. Pro­wa­dził warsz­taty. Ze­bra­łam te swoje pa­pierki i po­szłam… pełna na­dziei, że coś z tego bę­dzie. Te­raz wiem, że nie była to na­dzieja, ale OCZEKIWANIA. Oczami wy­obraźni wi­dzia­łam sie­bie w przy­szło­ści przy szta­lu­dze z pa­letą barw w dłoni. I mój świat legł w gru­zach… Te­raz to tylko ry­sunki trzy­na­sto­latki na po­żół­kłym pa­pie­rze, ale wtedy – moje do­ko­na­nia ży­ciowe. 

Pan przej­rzał tekę, po­my­ślał i za­czął wy­mie­niać:

– że kre­ska nie taka,

– że pro­por­cje,

– że świa­tło­cień,

– że brak głębi…

– i że mogę się uczyć – koszt taki a taki.

Ze smętną miną sta­nę­łam w sali przed wielką, białą kartą. Wzię­łam pierw­szy z brzegu ołó­wek, bo wy­bór był zbyt duży. Pew­nie miało zna­cze­nie, który biorę, ale skąd ja mo­głam to wie­dzieć? Wszy­scy za­częli ro­bić to samo – czarne wzorki na bia­łym tle. Wzorki, które łą­czyły się w ob­razy. Piękne, re­alne, tak wy­ra­zi­ste. A ja? Pło­nę­łam ze wstydu i ob­ra­sta­łam w kom­pleksy z każ­dym ko­lej­nym ru­chem dłoni. Mój ry­su­nek na tle in­nych dzieł wy­glą­dał jak nie­do­ro­zwi­nięty. Nikt mnie tam wię­cej nie zo­ba­czył, a ja nie zo­ba­czy­łam bia­łej kartki przez ko­lejne dwa­dzie­ścia sześć lat.

Któ­re­goś dnia mój syn, który na­mięt­nie ry­suje, po­dał mi kredkę. Nie pierw­szy raz to zro­bił. Za­zwy­czaj ry­so­wa­łam sło­nia od tyłu, drzewko i do­mek z pięk­nym sło­necz­kiem w rogu lub bał­wana. Tego wie­czoru coś mnie pod­ku­siło i na­ry­so­wa­łam na­szego psa.

img_1330

Na ry­su­nek po­świę­ci­łam wię­cej czasu niż stan­dar­dowe czter­dzie­ści pięć se­kund. Nie wy­si­la­łam się zbyt­nio, ale ry­su­jąc, ła­pa­łam puz­zle szczę­ścia. Mój syn był za­chwy­cony.

Jego wiel­kie WOW!

I nie cho­dzi o to, że tak pięk­nie.

WOW by­łoby też na sło­nia od tyłu. Cho­dzi o to, że to WOW ja też po­czu­łam. Po­czu­łam, że ry­so­wa­nie może być przy­jemne samo w so­bie. Że nie musi być tech­nicz­nie ani po­praw­nie. Nie musi być na­wet ład­nie. Nie musi pod­le­gać żad­nej oce­nie. Może być zwy­czaj­nie przy­jem­nie. Nie musi ozna­czać aka­de­mii sztuki ani wła­snej ga­le­rii. Na­stęp­nego dnia na­ry­so­wa­łam Tilę.

img_1331

I zro­zu­mia­łam. Tam w środku to wciąż jest. I wcale nie trzeba być naj­lep­szym w tym, co się robi, ale to, co się robi, trzeba ro­bić naj­le­piej, jak się umie. Nie przej­mo­wać się kry­tyką in­nych ani nie bu­do­wać swo­jego po­czu­cia war­to­ści na ich opi­nii. Nie ocze­ki­wać kon­kret­nych efek­tów, bo ocze­ki­wa­nie może się rów­nać roz­cza­ro­wa­niu. Le­piej jest iść w swoim wła­snym tem­pie i zo­ba­czyć, do­kąd nas to do­pro­wa­dzi, niż rzu­cać się na ilu­zo­ryczny efekt koń­cowy ze startu i do­sko­na­łość z miej­sca. Je­ste­śmy, jacy je­ste­śmy. Pew­nych po­zio­mów nie prze­kro­czymy, na prze­kro­cze­nie in­nych mu­simy pra­co­wać la­tami. Nie sta­wiajmy jed­nak sami so­bie ba­rier w od­czu­wa­niu przy­jem­no­ści. I nie róbmy tego wła­snym dzie­ciom.

Oczy­wi­ście, aby roz­wi­jać swoje moż­li­wo­ści, po­trze­bu­jemy de­ter­mi­na­cji, dą­że­nia do celu, wiary w suk­ces i tak da­lej. Ale je­śli wspi­na­nie się po dra­bi­nie w da­nym przy­padku nie jest dla nas przy­jemne, a cie­szymy się z tego, co mamy, i z ta­kiego po­ziomu, na ja­kim to mamy, to da­lej się tym cieszmy. A to, że dla ko­goś taki po­ziom nie byłby wy­star­cza­jący, to już chyba nie nasz pro­blem. Prawda?

To tak jakby ktoś po­wie­dział, że nie wolno Ci śpie­wać pod prysz­ni­cem, bo nie masz głosu ani po­czu­cia rytmu, ale za­wsze mo­żesz po­brać lek­cje śpiewu u naj­lep­szych.

A może Ty nie chcesz śpie­wać dla in­nych?

Może Ty śpie­wasz tylko pod prysz­ni­cem?

Ni­gdy się nie znie­chę­caj i nie od­kła­daj mi­łych rze­czy, na­wet je­śli po­zor­nie nie pro­wa­dzą do cze­goś wiel­kiego.

 

One są war­to­ścią same w so­bie.