CZĘŚĆ IV

Roz­dział ósmy

  

Ręcz­nie ro­biona at­mos­fera świąt

 

Święta Bo­żego Na­ro­dze­nia.…

Dawno, dawno temu był to szcze­gólny czas w ży­ciu każ­dej ro­dziny. Lu­dzie mieli nie­wiele, a pra­wie wszystko, co mieli, było se­zo­nowe. Cztery pory roku, se­zo­nowe owoce, menu we­dług okre­ślo­nego cy­klu zgod­nego z na­turą, obo­wiązki do­mowe wy­ko­ny­wane we­dług ze­gara na­rzu­co­nego przez słońce i księ­życ. Nie mu­sieli się zbyt­nio wy­si­lać, aby każdy mo­ment był wy­jąt­kowy i na­sy­cony spe­cy­ficzną at­mos­ferą. At­mos­ferę two­rzyły sama nie­po­wta­rzal­ność wy­da­rze­nia oraz emo­cjo­nalne za­an­ga­żo­wa­nie.

W dzi­siej­szych cza­sach na­wet nie zda­jemy so­bie sprawy z tego, co stra­ci­li­śmy. Wszystko wy­daje się OK, ale je­śli przyj­rzeć się bli­żej…

 

Wciąż można jeść tru­skawki w grud­niu i barszcz la­tem.

Nie­za­leż­nie od mie­siąca czy­tać książki o pierw­szej w nocy.

Za­wsze wsta­jemy o siód­mej i bie­gniemy na au­to­bus lub od­pa­lamy sa­mo­chód.

Przez cały rok wy­ko­nu­jemy w pracy te same czyn­no­ści.

Już na­wet pi­sząc mejle z ży­cze­niami, ogra­ni­czamy się do „wszyst­kiego do­brego z oka­zji świąt” bez wni­ka­nia, ja­kie to święta, nie mó­wiąc już o in­dy­wi­du­al­nych sło­wach do­bra.

Ba, „wszyst­kiego do­brego” wy­sy­łamy hur­tem za po­śred­nic­twem na przy­kład Fa­ce­bo­oka.

Te­raz se­zo­no­wość to zmiana wy­staw w skle­pach i te­ma­tyczne re­klamy w te­le­wi­zji. Ewen­tu­al­nie do­ma­lo­wa­nie Mi­ko­łaja na opa­ko­wa­niach ca­ło­rocz­nie do­stęp­nych pro­duk­tów.

A w do­mach?

Ten sam pęd po cen­trum han­dlo­wym nie­za­leż­nie od tego, czy to święta tra­dy­cyjne, czy długi week­end.

Od­ha­czyć li­stę pre­zen­tów i wy­słać męża do Li­dla, Bie­dronki, Sto­krotki i na ry­ne­czek z kar­teczką: „Za­mó­wić pie­rogi, kar­pia, naj­le­piej już fi­le­to­wa­nego, sta­nąć w ko­lejce po chleb i cia­sto, a barszcz in­stant, cho­inka przy Li­dlu, do stu zło­tych”.

 

Na­sze święta są in­stant! Moje nie­stety też.

Dla­tego choć odro­binę serca włóżmy w każdą ko­lejną oka­zję, która bę­dzie w na­szych do­mach ce­le­bro­wana. Niech każda z nich bę­dzie wy­jąt­kowa, po­czujmy na­ma­cal­nie, czym są święta Bo­żego Na­ro­dze­nia. Niech za­pach ciast się unosi, niech farsz pie­ro­gowy lepi się nam do pal­ców, bu­raki far­bują garnki, a dzieci ro­bią pier­niczki.

 

Ale u mnie w domu tak jest” – na­pi­sze część z Was.

To świet­nie – i tak trzy­mać.

A co gdyby pójść da­lej?

 

Co gdyby późną je­sie­nią uzbie­rać orze­chy, szyszki, pa­tyki?

Gdyby tak iść do lasu po świeże świer­kowe ga­łązki?

Przy­siąść w spo­koju, na­pi­sać ręcz­nie list z ży­cze­niami i wło­żyć opła­tek do ko­perty?

Co gdyby tak śpie­wać ko­lędy od po­czątku do końca, a nie tylko re­fren?

Pa­ko­wać pre­zenty nie­wiel­kie, ale tra­fia­jące w serce ob­da­ro­wy­wa­nego?

Po­je­chać gdzieś i wy­brać drzewko z gruntu – to na­sze, szcze­gólne, o które po­tem za­dbamy, a nie wy­wa­limy na śmiet­nik jak pla­sti­kowy ku­bek?

Gdyby tak de­ko­ra­cje wy­ko­nać sa­memu i dać dziecku przy­stroić cho­inkę?

Z pew­no­ścią nie po­wie­dzie­li­by­śmy wtedy: „Nie ma śniegu… wcale nie czuć świąt”.

 

To, że nie czuć świąt, to nie wina śniegu. To na­sza wina!

Na­stęp­nym ra­zem stwórz więc at­mos­ferę świąt w swoim domu.