CZĘŚĆ IV

Roz­dział trzeci

 

Przy­jem­ność two­rze­nia

 

 

Je­stem prze­ko­nana, że bar­dzo wielu z Was miało lub ma w ży­ciu taki okres, kiedy wszystko wy­myka się spod kon­troli.

– Nic nie działa jak trzeba.

– Lu­dzie re­agują ina­czej, niż tego ocze­ki­wa­li­śmy.

– Od­po­wie­dzi na na­sze pi­sma są ne­ga­tywne.

– Przed­mioty ma­sowo się psują.

– Mamy zwią­zane ręce lub na­sze sta­ra­nia idą na marne.

 

Jest to strasz­nie fru­stru­jące i je­śli prze­dłuża się w cza­sie, może mieć bar­dzo złe skutki dla na­szego sa­mo­po­czu­cia. Tra­cimy wtedy chęć dzia­ła­nia, ro­dzi się w nas po­czu­cie smutku, zło­ści, roz­cza­ro­wa­nia i nie­mocy. Dla osób ta­kich ja, czyli po­nad­prze­cięt­nie NIECIERPLIWYCH, utrata kon­troli jest wręcz za­bój­cza. Je­dyna myśl, która wów­czas po­ja­wia się w mo­jej gło­wie, to ODZYSKAĆ KONTROLĘ.

In­stynk­tow­nie za­czy­namy dzia­łać agre­syw­niej, je­ste­śmy zde­spe­ro­wani, ale cza­sem jest tak, że mimo na­szej de­ter­mi­na­cji i tak nic z tego.

Świat mówi: „CIERPLIWOŚCI, NARWAŃCU”.

Nasz plan B w ta­kiej sy­tu­acji to wy­brać so­bie słab­szego prze­ciw­nika – i wtedy pada na dzieci lub part­nera. Usta­wiamy ich więc do pionu i przez mo­ment wy­daje nam się, że kon­trola jest w na­szych rę­kach. Trwa to tylko do czasu, aż od­kry­jemy wiel­kie oszu­stwo ule­głych w imię ich spo­koju, czyli że za drzwiami ro­bią swoje, co do­pro­wa­dza nas do jesz­cze więk­szego szału. Poza tym to bar­dzo zły spo­sób. Pi­sa­łam już o tym w roz­dzia­łach o Be­stii i kar­to­no­wym pu­de­łeczku.

Skoro więc zo­sta­li­śmy wy­sta­wieni na próbę i nie mo­żemy kon­tro­lo­wać tych, któ­rzy nas ota­czają, ani tego, co nas ota­cza, nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak KONTROLOWAĆ SIEBIE.

Uwierz­cie mi – to naj­lep­szy plan z moż­li­wych, a prze­te­sto­wa­łam ich mi­liony.

Los bo­wiem uwiel­bia wy­sta­wiać mnie na próby.

Wi­docz­nie jesz­cze nie do końca prze­ro­bi­łam wy­ma­gane lek­cje.

Jak wiemy, tylko od nas za­leży, jak bę­dzie wy­glą­dała na­sza rze­czy­wi­stość.

Za­jęło mi kilka lat, za­nim prze­sta­łam ska­kać w miej­scu, tu­piąc no­gami i wa­ląc pię­ściami o uda z bez­sil­no­ści spo­wo­do­wa­nej tym, co już i tak się za­działo i się nie od­sta­nie.

Fak­tem, że na­leży coś prze­cze­kać, i z po­wodu ru­chów in­nych osób.

Te­raz zwy­czaj­nie mó­wię: „Jest to poza moją kon­trolą – je­dyne, co mogę, to kon­tro­lo­wać swoje emo­cje”.

I tak też ro­bię.

Oczy­wi­ście w moim przy­padku trwa­nie w nie­dzia­ła­niu nie sprzy­jało ta­kiej kon­troli.

Ja mu­sia­łam mieć za­ję­cie za­stęp­cze.

Mu­sia­łam od­su­nąć na boczny tor my­śli do­ty­czące nie­po­wo­dze­nia, aby się nie na­krę­cać.

Po­wrót do zwy­kłych co­dzien­nych czyn­no­ści, skok w pracę, książka lub pstry­ka­nie pi­lo­tem do te­le­wi­zora dzia­łały tylko przez mo­ment.

Po­nie­waż ro­biąc rze­czy co­dzienne, ru­ty­nowe, nie wy­wo­ły­wa­łam w so­bie po­czu­cia sa­tys­fak­cji.

Na­dal by­łam bierna. Pod­dana temu, co poza mną.

Czyn­no­ści, w ra­mach któ­rych tylko bra­łam, nie da­jąc ni­czego z wła­snego wnę­trza, się nie spraw­dzały.

Emo­cje oraz my­śli były bo­wiem wolne i jak bu­me­rang wra­ca­łam do punktu wyj­ścia, roz­kła­da­jąc pro­blem na czyn­niki pierw­sze.

Nie wy­star­czy więc się czymś za­jąć.

Trzeba się za­jąć czymś, co po­chło­nie nas ca­łych.

Czymś, co po­zwoli nam po­czuć, że mamy kon­trolę.

Czymś, co nie jest za­leżne od in­nych, a je­dy­nie od nas.

Two­rze­niem!

U wielu w tym mo­men­cie może się po­ja­wić obawa, że two­rze­nie jest za­re­zer­wo­wane tylko dla osób kre­atyw­nych, a po­nie­waż nie ma w nich nic z ar­ty­stów, to się nie uda.

Ja też nie je­stem ar­tystką, lecz każdy po­trafi two­rzyć.

Każdy po­trafi two­rzyć coś in­nego.

 

Można two­rzyć, pra­cu­jąc w ogro­dzie.

Two­rzyć, szy­jąc.

Two­rzyć, go­tu­jąc.

Two­rzyć, pi­sząc.

Two­rzyć, ro­biąc prze­me­blo­wa­nie w domu.

Two­rzyć wła­sną syl­wetkę po­przez gim­na­stykę.

Two­rzyć, ro­biąc plan na naj­bliż­szy rok lub na dzie­sięć lat.

Two­rzyć, fo­to­gra­fu­jąc.

Two­rzyć, ma­lu­jąc ściany.

Two­rzyć wir­tu­alny świat w grze kom­pu­te­ro­wej (tej wer­sji aku­rat nie lu­bię).

Two­rzyć, bu­du­jąc z kloc­ków.

Two­rzyć, ro­biąc ori­gami.

Two­rzyć, szy­deł­ku­jąc.

Two­rzyć, kom­po­nu­jąc.

Two­rzyć, ro­biąc prze­twory.

Two­rzyć, ro­biąc an­kietę.

Two­rzyć, ro­biąc re­klamę.

I w końcu: two­rzyć, ry­su­jąc.

Jest tyle moż­li­wo­ści two­rze­nia, że każdy wy­bie­rze coś dla sie­bie.

Kiedy wcho­dzimy w prze­strzeń, w któ­rej mamy kon­trolę nad sy­tu­acją od mo­mentu po­my­słu po­przez re­ali­za­cję aż do efektu koń­co­wego, po­czu­cie kon­troli po­wraca.

Na­wet je­śli efekt nie do końca speł­nia na­sze wcze­śniej­sze ocze­ki­wa­nia, to jed­nak wciąż po­ka­zuje nam, że mamy wpływ na to, co ro­bimy.

Za­tra­camy uczu­cie bier­no­ści. W szyb­kim cza­sie i na­ma­cal­nie wi­dzimy sku­tek na­szego dzia­ła­nia. Mamy nad czymś kon­trolę. Jest to prze­strzeń, w któ­rej mamy wpływ na efekt koń­cowy.

Po tych kilku la­tach na­uczy­łam się uspo­ka­jać swoje emo­cje bez ko­niecz­no­ści ucieczki w te­ra­pię two­rze­niem, ale ten ele­ment wciąż po­maga mi wy­peł­nić czas po­świę­cony na prze­cze­ka­nie. Czas na prze­cze­ka­nie trak­tuję wręcz jako mo­ment, kiedy wresz­cie mogę zro­bić coś mi­łego. Mogę coś stwo­rzyć.

I nie­ważne, czy bę­dzie to sie­dzi­sko z pa­let, ozdoby świą­teczne, czy ry­su­nek – wiem, że są rze­czy, które nie po­wsta­łyby, gdyby nie ja. Są moje, stwo­rzone przeze mnie, z mo­jego wnę­trza. Je­stem kre­ato­rem. Skoro mogę być nim w tej wą­skiej prze­strzeni, to mogę być nim i w szer­szej. Na wszystko musi jed­nak na­dejść do­bry mo­ment.

Skoro nie mo­żesz zro­bić tego, co chcesz, zrób to, co mo­żesz.