Część I

Roz­dział trzeci

  

 Pani bez­ro­botna czy żona męża

 

 

– Cześć.

– Cześć.

– Jak się ba­wisz?

– Nie znam tu­taj ni­kogo, ale jest OK. To­wa­rzy­szę mę­żowi.

– Ooo, to ty, na­resz­cie cię po­znaję… 🙂

– A ty pew­nie je­steś X. Pra­cu­jesz z M, prawda? Wiele o to­bie sły­sza­łam. Gra­tu­luję z oka­zji wa­szego ostat­niego suk­cesu.

– Dzię­kuję bar­dzo. Ciężko na to pra­co­wa­li­śmy. A ty? Czym się zaj­mu­jesz?

 

W tym mo­men­cie mój mózg za­czyna ro­bić ana­lizę wszyst­kich moż­li­wych od­po­wie­dzi. Jak kom­pu­ter kwan­towy w se­kundę przed­sta­wia praw­do­po­dobne sce­na­riu­sze:

– Je­stem bez­ro­botna.

(len, nie­rób, nie­do­rajda, pier­doła, po­py­cha­dło, wy­zy­ski­waczka, nieuk)

– Mąż mnie utrzy­muje.

(la­fi­rynda, snobka, leń, nie­rób, słodka idiotka, cwa­niara, za­ku­po­ho­liczka, bla­chara)

– Je­stem go­spo­dy­nią do­mową.

(po­py­cha­dło, matka Po­lka, nu­dziara, mo­no­te­ma­tyczna ko­bieta bez am­bi­cji, fra­jerka, słu­żąca)

– Zde­cy­do­wa­łam się nie pra­co­wać.

(taaa, sra­nie w ba­nie, ubez­wła­sno­wol­niona, bez wła­snej prze­strzeni, fra­jerka, kwia­tek w bu­to­nierce)

– Już się w swoim ży­ciu na­pra­co­wa­łam i przy­szedł czas na zmianę kie­runku.

(pew­nie ją zwol­nili, dwie lewe ręce, al­ko­ho­liczka w de­pre­sji)

– Re­ali­zuję się w inny spo­sób, ro­bię coś dla sie­bie.

(cie­kawe co, na­wie­dzona ar­tystka, pew­nie z sekty, przy­pina się do ja­kie­goś płotu łań­cu­chem, psy­chiczna, dzi­wa­dło)

 

I co te­raz? Skła­mać?

Prze­cież je­stem bez­ro­botna, mąż mnie utrzy­muje, je­stem go­spo­dy­nią do­mową, która po wielu la­tach pracy za­wo­do­wej zde­cy­do­wała się na zmianę kie­runku, a przy oka­zji zna­la­zła pewną prze­strzeń dla wła­snych po­trzeb.

Pra­co­wa­łam od szes­na­stego roku ży­cia. Naj­pierw se­zo­nowo, po­tem do­ryw­czo, aż w końcu na stałe. Przez osiem­na­ście lat pracy by­łam łącz­nie przez dzie­sięć dni na zwol­nie­niu – raz z po­wodu sraczki, drugi z po­wodu grypy z czter­dzie­sto­stop­niową go­rączką – i raz na ma­cie­rzyń­skim przez trzy mie­siące.

W każ­dej z mo­ich trzech prac do­sta­wa­łam pre­mie, awanse i po­chwały. Za­wsze prze­ka­zy­wa­łam swoją wie­dzę i umie­jęt­no­ści in­nym. Za­wsze od­cho­dzi­łam na wła­sne ży­cze­nie i za­wsze pro­po­no­wano, że­bym zo­stała. Za­wsze urzą­dzano mi piękne po­że­gna­nie.

W trud­nych mo­men­tach mo­jego ży­cia za­su­wa­łam jak chłop ma­ło­rolny, mia­łam od­ci­ski to na sto­pach, to na dło­niach, to na du­mie, to na du­pie. Kiedy trzeba było, cho­wa­łam am­bi­cję do kie­szeni i wal­czy­łam o prze­trwa­nie z za­ci­śnię­tymi zę­bami, aż przy­szedł dzień, kiedy zda­łam so­bie sprawę, że nie musi tak być. Po­ja­wiły się moż­li­wo­ści i oko­licz­no­ści, gdy mogę zro­bić coś ina­czej. To było jedno z tych prze­bie­gu­no­wań, o któ­rych pi­sa­łam w tek­ście Mój świat sta­nął na gło­wie.

Cza­sem trudno sa­memu zde­cy­do­wać o zmia­nach, na­wet je­śli są one wska­zane. Wtedy los wy­ci­ska z nas de­cy­zję na siłę. Mąż prze­bran­żo­wił się tak, że za­częły się kil­ku­dniowe wy­jazdy, a ja zo­sta­wa­łam sama z pełną chatą. Moje za­robki w po­rów­na­niu z jego za­rob­kami wy­glą­dały mar­nie, więc nie pod­le­gało żad­nej dys­ku­sji, czyj wkład fi­nan­sowy w na­szą ro­dzinę miał więk­sze zna­cze­nie. Na­to­miast jego za­an­ga­żo­wa­nie w sprawy co­dzienne wy­glą­dało blado w po­rów­na­niu z tym, co ja bra­łam na swoje barki. Po­zo­stała tylko kwe­stia: KTO MA SIĘ REALIZOWAĆ?

 

Znane nam wszyst­kim są slo­gany za­wsze wy­po­wia­dane w kon­tek­ście pracy zawodowej/zarobkowej:

Każdy musi się ja­koś re­ali­zo­wać”.

Każdy chce dbać o swoją ka­rierę”.

Każdy musi mieć ja­kieś za­ję­cie”.

Każdy musi cza­sem wyjść z domu”.

 

Co za bzdury!!!

Co to zna­czy „re­ali­zo­wać się”?

Czy to zna­czy: udo­wad­niać coś ko­muś?

Być lep­szym od in­nych?

Wspi­nać się po dra­bi­nie ka­riery na­wet ze zła­maną nogą?

Być dla ko­goś au­to­ry­te­tem?

Do­pi­sy­wać so­bie ty­tuły przed na­zwi­skiem?

Ro­bić so­bie nowe pie­czątki i wie­szać dy­plomy na ścia­nach?

 

Czy może ro­bić coś, co jest zgodne z na­szymi po­glą­dami?

Ro­bić coś, co przy­cho­dzi nam z ła­two­ścią i nas nie mę­czy.

Ro­bić to, co uzna­jemy za słuszne.

Mieć moż­li­wość od­czu­wa­nia, jak na­sze suk­cesy wpły­wają na na­sze ży­cie dłu­żej niż do uści­sku dłoni szefa.

Czy ja re­ali­zo­wa­łam się po­przez:

– go­dzinne roz­mowy z klien­tami i ta­kie zmę­cze­nie ma­te­riału, że wie­czo­rem nie chciało mi się ga­dać z dziec­kiem,

– wie­lo­ty­go­dniowe ar­chi­wi­zo­wa­nie i po­rząd­ko­wa­nie do­ku­men­ta­cji, pod­czas gdy do­mowe pa­piery cze­kały na ob­róbkę ty­go­dniami,

– or­ga­ni­zo­wa­nie wy­jaz­dów służ­bo­wych i wy­szu­ki­wa­nie naj­wy­god­niej­szych po­du­szek dla in­nych, nie­istot­nych w moim ży­ciu lu­dzi, kiedy z moją ro­dziną bra­li­śmy wszystko jak leci, bo było do­stępne w last mi­nute,

– spę­dza­nie czasu na ban­kie­tach, fir­mo­wych im­pre­zach czy nud­nych kon­fe­ren­cjach, za­miast zjeść ko­la­cję z przy­ja­ciółmi czy iść na randkę z mę­żem?

 

Prze­cież te­raz ro­bię to samo, tylko dla sie­bie, dla nas:

– opra­co­wuję stra­te­gię dzia­ła­nia w celu osią­gnię­cia za­pla­no­wa­nych ce­lów,

– bu­dże­tuję,

– ad­mi­ni­struję,

– ana­li­zuję,

– roz­li­czam,

– or­ga­ni­zuję,

– do­zo­ruję,

– dbam o to, aby zre­ali­zo­wać plany,

– ne­go­cjuję,

– mo­ty­wuję,

– ma­ga­zy­nuję,

– ar­chi­wi­zuję,

– za­rzą­dzam za­so­bami ludz­kimi,

– za­pew­niam in­te­gra­cję,

– pod­pi­suję kon­trakty z pod­wy­ko­naw­cami i ro­bię za in­spek­tora,

– pro­wa­dzę księgi przy­cho­dów i roz­cho­dów i tak da­lej, i tym po­dobne.

 

Róż­nica jest taka, że ro­bię to w szczyt­niej­szym celu i za dużo więk­sze wy­na­gro­dze­nie – w celu roz­woju na­szej ro­dziny i za puz­zle szczę­ścia. A czas, który tra­ci­łam na do­jazdy, nad­go­dziny oraz bez­sen­sowne wyj­ścia, prze­zna­czam na ro­bie­nie rze­czy, które zwy­czaj­nie lu­bię.

 

– Cześć.

– Cześć.

– Jak się ba­wisz?

– Nie znam tu­taj ni­kogo, ale jest OK. To­wa­rzy­szę mę­żowi.

– Ooo, to ty, na­resz­cie cię po­znaję… 🙂

– A ty pew­nie je­steś X. Pra­cu­jesz z M, prawda? Wiele o to­bie sły­sza­łam. Gra­tu­luję z oka­zji wa­szego ostat­niego suk­cesu.

– Dzię­kuję bar­dzo. Ciężko na to pra­co­wa­li­śmy. A ty? Czym się zaj­mu­jesz?… Halo!!!

– Oj, prze­pra­szam. Za­my­śli­łam się. Ja­kie było py­ta­nie?

– Czym się zaj­mu­jesz?

– Tak jak ty wal­czę… wal­czę za­cie­kle o osią­gnię­cie suk­cesu. Firma ro­dzinna.

– Jaka branża?

– Firma wie­lo­bran­żowa. Za dużo tłu­ma­cze­nia… Jak się kie­dyś spo­tkamy, to ci opo­wiem albo po­de­ślę link do strony.

 

Po­stawmy sprawę ja­sno:

* Pra­cu­jemy przede wszyst­kim dla pie­nię­dzy.

* „Re­ali­zo­wać się” to zna­czy: ro­bić coś dla sie­bie, dla swo­jego we­wnętrz­nego „ja”, a nie dla in­nych.

* Je­śli ko­muś los dał moż­li­wość re­ali­zo­wa­nia się w pracy, to cu­dow­nie.

* Je­śli ktoś nie pra­cuje, to nie zna­czy, że się nie re­ali­zuje.

 

I nie dajmy się za­szu­flad­ko­wać ani nie uda­wajmy ko­goś in­nego. Przyj­rzyjmy się so­bie do­brze i bądźmy przed sobą uczciwi. Znajdźmy słowa na okre­śle­nie sie­bie. Na wy­ra­że­nie tego, kim je­ste­śmy i gdzie je­ste­śmy.

 

Do­pi­sek:

– Ko­cha­nie…

– Tak?

– Czy ty lu­bisz swoją pracę?

– Dla­czego py­tasz?

– Czy ty się w niej re­ali­zu­jesz?

– Hm… w pracy?… Chyba nie. Ra­czej po­przez nią re­ali­zuję swoje cele. Dzięki pracy mogę osią­gnąć to, czego pra­gnę naj­bar­dziej. Z pew­no­ścią re­ali­zuję się po­przez moją pracę, a nie w niej.

– ?

– Prze­cież je­stem sam­cem, więc moim głów­nym ce­lem jest zro­bie­nie wszyst­kiego, żeby moja ro­dzina prze­trwała i była szczę­śliwa…

– A ty? Co z twoim szczę­ściem?

– Ja je­stem szczę­śliwy, kiedy wi­dzę, że mi się to udaje.