CZĘŚĆ IV

Roz­dział dwu­na­sty

 

Oszu­kać prze­zna­cze­nie

Je­stem pa­letą!

Kim je­stem?

Je­stem pa­letą.

Zbit­kiem so­sno­wych de­se­czek.

Po­wsta­łam po to, aby dźwi­gać na swych bar­kach cięż­kie przed­mioty, mar­z­nąc na mro­zie i prze­ma­ka­jąc na desz­czu. Je­stem, aby być na placu bu­dowy mimo wia­tru, plu­chy czy pa­lą­cego słońca.

Po­wsta­łam po to, by w sza­rych ma­ga­zy­nach stać rów­niutko w rządku w ocze­ki­wa­niu na szta­plarkę. Taka moja rola. Ta­kie moje prze­zna­cze­nie.

Tak mi mó­wili.

Skoro mó­wili, to chyba wie­dzieli.

Wie­rzy­łam więc.

Pa­trzy­łam z za­zdro­ścią na bele dę­bowe, które sto­larz prze­mie­niał w prze­piękne me­ble.

One szły do do­mów.

Za­nim jesz­cze rze­mieśl­nik oszli­fo­wał je jak na­leży, nowi wła­ści­ciele już szy­ko­wali dla nich miej­sce w swo­ich wnę­trzach. Cze­kali jak na no­wego członka ro­dziny. Gdy po nie przy­jeż­dżali, z za­chwy­tem de­li­kat­nie gła­skali blat, uśmie­chali się oraz ro­bili im zdję­cia.

W do­mach po­dobno każ­dego dnia bar­dzo o nie dbali. Nie prze­ma­czali ich, nie prze­su­szali, pie­lę­gno­wali je środ­kami do drewna i po­ka­zy­wali wszyst­kim zna­jo­mym. Ta­kie jest prze­zna­cze­nie dę­bo­wych me­bli.

Nie każdy jest dę­bem.

Ta­kie de­seczki so­snowe jak ja mają inne prze­zna­cze­nie.

………………

Przy­je­chali…

Nowi klienci.

Hm… czy­sty sa­mo­chód, pani ma szpilki, a pan – biały pod­ko­szu­lek. Z pew­no­ścią przy­byli po któ­ryś z dę­bo­wych me­bli.

O rany, idą w na­szą stronę… Wy­pro­stuj­cie się, dziew­czyny. Jak bę­dziemy równe, to może tra­fimy do jed­nego ma­ga­zynu.

Uff, cała dzie­siątka ra­zem! Cie­kawe, czy długo bę­dziemy je­chały…

Nie­długo. Jest dom, jest ogród, jest pies i są dzieci.

Chyba ko­lejna bu­dowa. 🙁

A więc deszcz i mróz, i wiatr, i błoto.

Je­den se­zon i po nas. Po­roz­pa­damy się i pój­dziemy na opał. No, ale taka na­sza rola. Ta­kie na­sze prze­zna­cze­nie.

Przez pół dnia sta­ły­śmy w słońcu – przy­jem­nie.

Nie było go­rąco. Gdy by­ły­śmy tak usta­wione jedna na dru­giej, pa­leta na gó­rze wi­działa przez okno stół dę­bowy w ich domu. Dzieci ry­so­wały przy nim coś na bia­łych kart­kach. Stół był piękny. Wy­pa­sto­wany. Szczę­ściarz!

 

Pani w szpil­kach po­ja­wiła się w drzwiach domu. Tym ra­zem na sto­pach miała trampki. O dziwo, białe. Kto nosi białe trampki na bu­do­wie? Przy­szła i po­usta­wiała nas rów­niutko po dwie pod dasz­kiem przy ka­mien­nej ścia­nie. Po­gła­skała każdą z nas, pstryk­nęła zdję­cie i wró­ciła do domu.

 

Bar­dzo to było dziwne.

Po co nas gła­skała?

Po co to zdję­cie?

Je­ste­śmy pod dasz­kiem, więc z pew­no­ścią po­łożą na nas drewno opa­łowe. Lep­sze to niż cięż­kie ce­gły i sta­nie w desz­czu.

 

Gdy by­ły­śmy już prze­ko­nane, że speł­niła się lep­sza wer­sja na­szego prze­zna­cze­nia, za­częły się dziać cuda…

Naj­pierw po­ja­wiły się kwiatki w do­ni­cach, a po­tem fi­ranki. Na­stęp­nie przy­je­chały gąbki ob­szyte ja­snym ma­te­ria­łem i pełno po­du­szek. Dwie z nas zo­stały przy­kryte szybą z ciem­nego szkła har­to­wa­nego, a na nim sta­nął lam­pion.

 

 

 

 

I wtedy zro­zu­mia­ły­śmy. Zro­zu­mia­ły­śmy, że ci, któ­rzy mó­wili nam od po­czątku, kim je­ste­śmy i co jest na­szym prze­zna­cze­niem, nie mieli o tym po­ję­cia.

Nie mięli po­ję­cia:

– że dę­bowy stół bę­dzie na nas pa­trzył z za­zdro­ścią, kiedy w środku lata bę­dziemy bić re­kordy po­pu­lar­no­ści,

– że o ta­kich jak my pi­sze się w ga­ze­tach i na blo­gach,

– że lu­dzie ro­bią nam zdję­cia,

– że o nas dbają i nas po­dzi­wiają,

– że bę­dziemy wy­jąt­kowe,

– że prze­trwamy dłu­żej niż je­den se­zon.

I pew­nego po­po­łu­dnia pani w bia­łych tramp­kach przy­nio­sła po­roże, a pan w bia­łym pod­ko­szulku przy­krę­cił je do ściany. Pani w dłoni trzy­mała też słoik. Biedy szklany słoik, który do tego po­po­łu­dnia, sto­jąc na półce skle­po­wej, drżał i my­ślał: „Je­stem sło­ikiem”.

Zwy­kłym szkla­nym sło­ikiem z kawą.

Moim prze­zna­cze­niem jest pre­zen­to­wać kawę.

Ja ni­kogo nie in­te­re­suję.

Ni­komu nie je­stem do ni­czego po­trzebny.

Je­stem tylko sło­ikiem, który zo­sta­nie ku­piony ze względu na kawę.

Gdy kawa się skoń­czy, zo­stanę wy­rzu­cony na śmiet­nik.

Ta­kie jest moje prze­zna­cze­nie.

Moja rola jest bez zna­cze­nia.

Jest po­boczna.

Jed­nak dzi­siej­szego po­po­łu­dnia zro­zu­miał, że jego prze­zna­cze­niem może być coś wię­cej. Że nie musi być tylko tym, do czego po­zor­nie zo­stał stwo­rzony. Jego rola może mieć dużo więk­sze zna­cze­nie, a ży­wot – trwać dłu­żej, niż się tego spo­dzie­wał. Zro­zu­miał, że może go spo­tkać coś, czego ni­gdy się nie spo­dzie­wał i na co – jak my­ślał – nie za­słu­guje.

Coś, co wy­bie­gało poza jego wy­obra­że­nie.

Stał się no­śni­kiem świa­tła.

Świa­tła roz­świe­tla­ją­cego ciem­ność.

Świa­tła, które tylko dzięki niemu może trwać i słu­żyć in­nym.

 

 

Je­stem Mo­nika.

Uro­dzona w ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce w domu bez tak zwa­nych kon­tak­tów.

W domu, w któ­rym ni­czego nie bra­ko­wało, ale też się nie prze­le­wało.

W domu bez mę­skich wzor­ców.

Nie po­szłam na stu­dia, gdyż za­szłam w ciążę w wieku lat dzie­więt­na­stu.

W wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat by­łam sa­motną mamą bez więk­szych per­spek­tyw.

I co w związku z tym?

Nic.

To nic nie zna­czy.

To o ni­czym nie prze­są­dza.

Uro­dze­nie się w ko­mu­ni­stycz­nym kraju nie prze­szko­dziło mi w trzy­ma­niu te­raz za rękę im­por­to­wa­nego męża.

Brak stu­diów nie sta­nął na prze­szko­dzie, abym okre­ślała za­da­nia do wy­ko­na­nia oso­bom po stu­diach.

Ciąża w wieku dzie­więt­na­stu lat nie prze­szko­dziła mi w po­dró­żach czy re­ali­za­cji ma­rzeń.

Dom bez mę­skich wzor­ców nie prze­szko­dził mi w zna­le­zie­niu od­po­wied­niego dla mnie męż­czy­zny.

By­cie przez kilka lat sa­motną mamą nie ode­brało mi szans na ko­lejny zwią­zek i ko­lejne dziecko.

To, gdzie się ro­dzimy, w ja­kich wa­run­kach się wy­cho­wu­jemy, skąd po­cho­dzimy, co wy­no­simy z domu, nas two­rzy. Do­świad­cze­nia, które nas spo­ty­kają, wpły­wają na nasz spo­sób my­śle­nia i na na­sze ży­cie, ale O NICZYM NIE PRZESĄDZAJĄ!

Nie daj so­bie ni­czego wmó­wić.

Nie daj się za­szu­flad­ko­wać.

Nie po­zwól, aby wci­śnięto Cię mię­dzy ste­reo­typy.

Nie prze­sta­waj wie­rzyć w sie­bie.

Nie pod­da­waj się.

Nie je­steś pa­letą ani sło­ikiem.

Nie mu­sisz cze­kać na pa­nią w bia­łych tramp­kach czy pana w bia­łym pod­ko­szulku.

Sam mo­żesz do­ko­ny­wać wy­bo­rów.

Sam sta­wiasz ko­lejny krok w swoim ży­ciu.

I te­raz naj­waż­niej­sze: nie mu­sisz iść po wy­dep­ta­nych śla­dach…

Idź, do­kąd­kol­wiek ze­chcesz – bo mo­żesz!!!

Masz ta­kie same szanse na szczę­ście jak każdy inny.