CZĘŚĆ III

Roz­dział piąty

  

Mi­siu

 

 

Pstryk, pstryk, pstryk,

pstryk, pstryk

i pstryk.

 

Sel­fie z ręki, sel­fie z lu­stra, sel­fie z kija.

Bli­skim i dal­szym zna­jo­mym znie­nacka i na za­wo­ła­nie.

Dzie­ciom, ro­dzi­com, dziad­kom, wnu­kom, chrze­śnia­kom.

Dawno nie­wi­dzia­nej cioci, wuj­kowi z Ame­ryki, stry­jence spod mia­sta i ku­zynce przy ka­wie.

Są­siadce w ogródku, są­sia­dowi w ga­rażu, pani skle­po­wej z mio­tłą.

Pi­ja­nym kum­plom i ko­le­żan­kom w dzi­kim tańcu.

Psu pod sto­łem, psu na łóżku, psu w czapce i psu w je­zio­rze.

Kotu na kla­wia­tu­rze i kotu na ple­cach.

Śwince mor­skiej z mar­chewką i cho­mi­kowi z peł­nym po­li­kiem.

Bo­cia­nowi na jed­nej no­dze i pa­pu­dze pa­trzą­cej z ukosa.

Wró­blowi na kra­węż­niku i ku­rze na grzę­dzie.

Psz­czo­łom na la­wen­dzie i mo­ty­lom na tra­wie.

Słońcu na wzej­ściu i zej­ściu.

Księ­ży­cowi w no­wiu i w pełni.

Mgle o świ­cie i kro­plom desz­czu na szy­bach.

Ró­żom, hor­ten­sjom, ma­kom i cha­brom.

Ka­napce z kre­wetką i tor­tom bez­owym…

…ro­bimy: pstryk – i już mamy.

 

Za­pas dla zmy­słów na przy­szłość.

Głos, ob­raz, smak, za­pach i do­tyk.

Tak bar­dzo się bo­imy, że za­po­mnimy.

Tak jak­by­śmy prze­stali ufać wła­snej pa­mięci.

Jakby ktoś miał nam na­stęp­nego ranka wy­ka­so­wać ar­chiwa wspo­mnień.

Tylko po co cały ten śmiet­nik?

Czy nie le­piej pa­mię­tać to, co naj­lep­sze i naj­waż­niej­sze?

Te wy­jąt­kowe i naj­cen­niej­sze mo­menty.

Te chwile szcze­gólne i słowa ważne.

Te, które zo­staną w gło­wie na za­wsze.

Tych, któ­rych imiona wy­wo­łają w nas dresz­cze.

I tych, o któ­rych myśl obu­dzi uśmiech.

 

Je­śli coś nie jest na tyle cenne, aby po­zo­stało w nas na za­wsze, to po co trzy­mać to na pa­pie­rze czy mo­ni­to­rze?

– Dla po­tom­nych.

– Aby raz jesz­cze spoj­rzeć i na­cie­szyć oko wi­do­kiem, kiedy nie bę­dzie już można zro­bić tego na żywo.

– Aby po­dzie­lić się szczę­ściem z in­nymi.

 

W ta­kim ra­zie bądźmy kon­se­kwentni.

Po co dzie­lić się tym, co nie­ważne?

Ile tych na­prawdę istot­nych mo­men­tów, ist­nień i miejsc nie zo­stało przez nas ni­gdy sfo­to­gra­fo­wa­nych?

Dzi­siaj od­kry­łam rzecz ka­ry­godną.

Wśród ty­sięcy zdjęć w mo­ich zbio­rach, cza­sem tak bez­na­dziej­nych, bra­kuje jed­nego – tego…

 

Jed­nego, je­dy­nego, nie­za­stą­pio­nego. Zna­ją­cego wszyst­kie ta­jem­nice. Wy­jąt­ko­wego, z oczami peł­nymi zro­zu­mie­nia i mięk­kim ser­cem peł­nym mi­ło­ści. Cie­płego, mięk­kiego, o wy­jąt­ko­wym za­pa­chu. To­wa­rzy­sza każ­dej wy­prawy i każ­dej noc­nej wę­drówki przez ciem­ność. Dziel­nego gniotka z ple­caka szkol­nego i wa­lizki po­dróż­nej. Po­cie­szy­ciela w kło­po­cie i kum­pla do za­baw. Wier­nego… od za­wsze… na za­wsze… aż do roz­pru­cia… PLUSZOWEGO MISIA.