Część I

Roz­dział szes­na­sty

 

 Mi­nęła czter­dzie­sta

 

 

Sie­dzę wie­czo­rem na ka­na­pie.

Pies spo­koj­nie od­dy­cha przy moim boku.

Syn bawi się kloc­kami na pod­ło­dze, a mąż ci­chutko stuka w kla­wia­turę.

W ręku trzy­mam lampkę wina, a moje stopy od­po­czy­wają na brzegu sto­lika ka­wo­wego (o, jak nie­ład­nie :)).

Nie ma ci­szy.

Z ra­dia do­bie­gają dźwięki mu­zyki, a my od czasu do czasu wy­mie­niamy ze sobą kilka słów.

Pa­trzę przez okno i ob­ser­wuję ptaki, które jak co wie­czór za­jadą ro­baczki na na­szym traw­niku.

Pola na ho­ry­zon­cie przy­brały barwę słońca i za chwilę za­czną się żniwa.

O, jak mi do­brze…

 

MINĘŁA DWUDZIESTA!”

Te słowa wy­rwały mnie z bło­giego le­ni­stwa. To ra­dio przy­po­mniało, że jest to ja­kaś okre­ślona pora dnia.

Co to zna­czy, że mi­nęła dwu­dzie­sta?” – po­my­śla­łam.

Po co mi o tym przy­po­mi­na­cie?

Czy po­win­nam coś z tym zro­bić?

Czy po­win­nam coś jesz­cze zro­bić?

Mi­nęła dwu­dzie­sta – to fan­ta­styczny mo­ment. Po ca­łym dniu go­ni­twy wresz­cie, ni­gdzie się nie spie­sząc, można usiąść i cie­szyć się sobą. Przed nami jesz­cze cztery pełne go­dziny tej doby. Cza­sem te cztery go­dziny są naj­przy­jem­niej­sze i wno­szą do na­szego ży­cia i po­czu­cia szczę­ścia naj­wię­cej.

Wtedy w mo­jej gło­wie roz­brzmiały słowa:

MINĘŁA CZTERDZIESTA!!!”.

Tak, czter­dzie­sta. Czter­dzie­sta chwila mo­jego ży­cia.

I co?

I po co ro­bić z tego wiel­kie WOW?

Czter­dzie­sta, po­dob­nie jak dwu­dzie­sta, jest punk­tem na osi. Okre­śle­niem mo­mentu. Chwilą wy­rwaną z ca­łego dnia lub ca­łego ży­cia.

Ja­sne, chwilą czę­sto bliż­szą końca niż po­czątku, ale jed­no­cze­śnie chwilą, kiedy można spo­koj­nie usiąść i po­pa­trzeć za­równo w tył, jak i w przód.

Chwilą, kiedy prze­sta­jemy już my­śleć: „Mu­szę jesz­cze to, jesz­cze tamto”.

Chwilą, kiedy już ni­czego nie mu­simy, a je­dy­nie mo­żemy, o ile nam się bę­dzie chciało.

Chwilą, kiedy przy­szedł czas na od­po­czy­nek, spo­kój, ce­le­bro­wa­nie, do­zna­wa­nie, cie­sze­nie się tym, co się ma, z lampką wina w dłoni i no­gami na stole.

Kiedy czło­wiek ma­rzy, ale już bez ci­śnie­nia, że ma­rze­nia musi speł­nić.

Kiedy czło­wiek robi rze­czy, które spra­wiają mu czy­stą przy­jem­ność.

Ow­szem, po go­dzi­nie dwu­dzie­stej wciąż jesz­cze mamy obo­wiązki. Na­dal mu­simy zro­bić ko­la­cję, wy­pu­ścić psa na siu­siu i może coś wy­pra­so­wać. Nie jest to już jed­nak ten sam ro­dzaj obo­wiąz­ków jak po­ranne wsta­wa­nie i ro­bie­nie wszyst­kiego na czas.

Aby zdą­żyć!!!

Aby skre­ślić za­da­nia z li­sty, ma­jąc w gło­wie jesz­cze ko­lejne punkty. Kiedy prze­ci­skamy się przez korki i ro­bimy wszystko dwoma rę­koma na­raz, po­ma­ga­jąc so­bie jesz­cze stopą.

Po dwu­dzie­stej za­zwy­czaj wy­ko­nu­jemy czyn­no­ści, któ­rych i tak nie dało się zro­bić na za­pas i które są zwy­czajną ru­tyną dnia prze­pla­taną spo­ko­jem.

Oj, cza­sem te cztery go­dziny koń­czące dzień są naj­bar­dziej sza­lo­nymi go­dzi­nami. Ro­bimy naj­cu­dow­niej­sze rze­czy. Śmie­jemy się, tań­czymy, ota­czamy przy­ja­ciółmi. Wielu z nas wła­śnie w tym cza­sie od­daje się pa­sjom i za­in­te­re­so­wa­niom. To wła­śnie wtedy jest do­bry czas na dłu­gie roz­mowy i prze­czy­ta­nie książki. Czło­wiek wie, jak chce spę­dzić swój wie­czór, i wła­śnie tak go spę­dza.

Tak samo jest wtedy, gdy mi­nie czter­dzie­sta.

Przez pierw­sze chwile ży­cia czło­wiek leci i się przy­go­to­wuje. Po­dob­nie jak rano musi się ubrać i umyć, na­jeść i na­pić, aby mieć moż­li­wość funk­cjo­no­wa­nia przez resztę dnia, tak i w pierw­szych la­tach jego ist­nie­nia wszystko jest pracą po to, żeby był go­towy do peł­nego ży­cia.

Około go­dziny je­de­na­stej wszy­scy trwają już w peł­nej pro­duk­tyw­no­ści i re­ali­zują plan dnia przez ko­lejne kil­ka­set mi­nut. Tak samo jest mię­dzy dwu­dzie­stym pią­tym a czter­dzie­stym ro­kiem ży­cia. Dzia­łamy. Ro­bimy. Two­rzymy. Re­ali­zu­jemy plan, do któ­rego by­li­śmy bar­dziej lub mniej przy­go­to­wani. Cza­sem z pla­nów nic nie wyj­dzie – spad­nie deszcz lub przyj­dzie upał. Tak samo w ży­ciu spo­tka nas pełno nie­spo­dzia­nek.

Ale po­tem przy­cho­dzą piękne późne po­po­łu­dnie i cu­downy wie­czór, który bę­dzie trwał aż do nocy.

To ode mnie za­leży, jak go spę­dzę i czy za­sy­pia­jąc, będę my­ślała, czego jesz­cze nie zro­bi­łam i co jest do zro­bie­nia.

Czy będę się ner­wowo tur­lała z boku na bok, czy ze zre­lak­so­wa­nymi my­ślami, w spo­koju i z uśmie­chem na twa­rzy, wejdę do kra­iny snu…

 

MINĘŁA DWUDZIESTA!

Co ja jesz­cze mia­łam zro­bić?

A nic… Wszyst­kiego i tak nie zdążę, dzień się co prawda jesz­cze nie skoń­czył, ale prze­cież mu­szę mieć chwilę dla sie­bie, dla nas.

Prze­cież ju­tro też jest dzień! Chyba!