Część I

Roz­dział 9

  

Kon­flikt ma­rzeń

 

 

Dwie strony me­dalu

Cał­kiem nie­dawno spi­sa­łam swoje prze­my­śle­nia, któ­rym nada­łam ty­tuł Chcę, ale nie mu­szę – roz­kła­da­łam w nich na czyn­niki pierw­sze te­mat do­ko­ny­wa­nia wy­bo­rów. Wy­bo­rów do­bro­wol­nych oraz tych wy­mu­szo­nych. Wspo­mnia­łam tam o tym, że nie można być w dwóch miej­scach ani w dwóch sy­tu­acjach jed­no­cze­śnie. Pi­sa­łam, że po­winno się nada­wać prio­ry­tety na­szym za­chcian­kom, pra­gnie­niom i ma­rze­niom.

Taka niby je­stem mą­dra i wszyst­ko­wie­dząca, a ży­cie robi mnie w ba­lona, ucie­ra­jąc mi nosa zgryź­li­wo­ściami: „Przy­snę­łaś!!! Nie by­łaś uważna!!! Bij się te­raz z my­ślami!!!”.

Po­nad dzie­sięć lat temu ma­rzy­łam o ta­kim ob­razku, jaki wi­dzi się w ame­ry­kań­skich fil­mach.

Mama, tata – uśmiech­nięci i trzy­ma­jący się za ręce.

Zdrowe, we­sołe dzieci, które mają wy­star­cza­jąco dużo, aby się pra­wi­dłowo roz­wi­jać, plus jesz­cze troszkę na roz­pu­stę.

Pies na zie­lo­nej tra­wie przy domku na przed­mie­ściach.

Tata pra­cu­jący dużo, za to bę­dący w sta­nie utrzy­mać ro­dzinę, a mama za­wo­żąca dzieci do szkoły sa­mo­cho­dem te­re­no­wym, zaj­mu­jąca się do­mem, or­ga­ni­za­cją przy­jęć i speł­nia­jąca się przy kre­atyw­nych za­ję­ciach.

Pie­sek z piękną sier­ścią, a dzieci z opra­co­wa­nymi ce­lami na przy­szłość.

Ideał, prawda?

Z dumą mogę po­wie­dzieć, że udało mi się zma­te­ria­li­zo­wać pra­wie cały ten ob­ra­zek, mimo że trwało to długo i nic tego nie za­po­wia­dało w mo­men­cie ro­bie­nia li­sty ma­rzeń. Wtedy jed­nak nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, że:

– tata, który bę­dzie mógł utrzy­mać ro­dzinę, bę­dzie mu­siał pra­co­wać tak długo, że może bra­ko­wać czasu na wspólne wie­czory przed te­le­wi­zo­rem,

– taki do­mek na przed­mie­ściach bę­dzie wy­ma­gał mnó­stwa pracy i mimo że mama bę­dzie na szczo­cie pół dnia, to uko­chany pies bę­dzie wno­sił błoto do domu i pluł po ścia­nach,

– sa­mo­chód te­re­nowy bę­dzie ły­kał pa­liwo jak mój syn ku­bu­sia,

– cele na­szych dzieci nie będą opra­co­wane przez nie same, a tym sa­mym po­cie­chy będą nam lekko wy­ska­ki­wały z toru i wy­my­kały się spod kon­troli.

Nie, nie na­rze­kam. Wręcz prze­ciw­nie. Zmie­rzam do tego, że cza­sem, two­rząc na­sze ma­rze­nia, za­po­mi­namy nie tylko o tym, że ich re­ali­za­cja wy­klu­cza opcje al­ter­na­tywne, ale przede wszyst­kim o tym, że te zre­ali­zo­wane ma­rze­nia mają drugą, nie­od­łączną stronę me­dalu. Jedno za­wsze po­ciąga za sobą dru­gie. Bla­ski i cie­nie.

Nie tyle, że nie można mieć wszyst­kiego, ale za­zwy­czaj, aby coś mieć, trzeba brać też złą stronę tego cze­goś, czyli coś, czego się nie chce.

Pi­sa­łam też o tym w in­nym kon­tek­ście, dwa roz­działy wcze­śniej, we frag­men­cie o Be­stii.

W tym miej­scu sta­jemy przed dy­le­ma­tem, czy bar­dziej „chcemy”, czy bar­dziej „nie chcemy” re­ali­za­cji ma­rze­nia.

 

Kon­flikt ma­rzeń

Te­raz, kiedy zro­bi­łam so­bie plan na ko­lejne dzie­sięć lat, po­peł­ni­łam tak błahy błąd, że sama w to nie wie­rzę. Na li­stę ma­rzeń wpro­wa­dzi­łam ma­rze­nia, które wza­jem­nie się wy­klu­czają. Ciemna strona jed­nego z nich stoi w opo­zy­cji do ja­snej strony tego dru­giego – i od­wrot­nie. Do­piero dzi­siej­szy po­ra­nek i coś tak zwy­czaj­nego jak kupa błota spra­wiły, że to za­uwa­ży­łam.

Jed­nym z mo­ich ma­rzeń do re­ali­za­cji w nad­cho­dzą­cej de­ka­dzie było cał­ko­wite za­koń­cze­nie go­ni­twy za two­rze­niem swo­jego miej­sca – tego z filmu. Te­raz miał być czas na roz­wi­ja­nie sie­bie: re­ali­zo­wa­nie swo­ich pa­sji, spę­dza­nie czasu z ro­dziną, po­za­my­ka­nie wszyst­kich spraw z ostat­niej de­kady. Boję się po­wie­dzieć: przy­go­to­wa­nie do je­sieni ży­cia (ha, ha, ha). Miał to być czas ra­do­ści, zdro­wia, mi­ło­ści i spo­koju – przy­sto­po­wa­nia.

I pi­sząc o tym przy­go­to­wa­niu do je­sieni ży­cia, oczami wy­obraźni wi­dzia­łam sie­bie i mo­jego M bu­ja­ją­cych się na ha­ma­kach w ka­pe­lu­szach na gło­wie – nie, nie na Ba­ha­mach, ale u nas przed do­mem. Przed do­mem… nad na­szym sta­wem!!!!!!

 

Stop! Nad ja­kim sta­wem???

My nie mamy stawu. Jak mo­głam o tym nie po­my­śleć, pi­sząc li­stę ma­rzeń? Jak mo­głam do­pro­wa­dzić do sy­tu­acji, kiedy wy­stą­pił kon­flikt ma­rzeń?

Nie po­my­śla­łam.

Prze­cież staw to nic ta­kiego. Można go stwo­rzyć. Jest tyle miej­sca do­okoła nas.

I wła­śnie dzi­siaj wje­chała wy­wrota… Tony ziemi, które mają nad­bu­do­wać do­jazd do miej­sca, gdzie za parę lat może bę­dzie staw.

Wje­chała i… się za­ko­pała.

I roz­je­chała pół drogi, którą tak usil­nie sta­ra­li­śmy się za­go­spo­da­ro­wać rok temu, aby już nie pa­trzeć z okna na plac bu­dowy.

A wy­wrota, aby ru­szyć z miej­sca, mu­siała wy­sy­pać te tony błota tuż przed bramą wjaz­dową.

I po­my­śla­łam so­bie: na ch… mi ten staw!

Czy po to, aby pić drinki z pa­ra­solką na ha­maku, mu­szę mieć za do­mem staw?

Czy sam traw­nik i wi­dok pól na ho­ry­zon­cie nie wy­star­czą?

Bie­ga­jące sarny, po­lu­jące my­szo­łowy, żu­ra­wie, bo­ciany, ba­żanty…

Od­głos żab, świersz­czy i ko­ma­rów la­tem…

Czy to za mało?

Kiedy po­wie­dzieć „stop”?

Czy znów mu­simy przez ko­lejne lata ta­plać się w bło­cie i sy­fie, uże­rać z ro­bot­ni­kami, pra­co­wać jak woły, aby na tych ro­bot­ni­ków za­ro­bić? Spę­dzać sa­motne wie­czory, spraw­dza­jąc salda kont?

Czy to aby na pewno jest moje ma­rze­nie? Czy to jest ma­rze­nie M?

Czy może już od tego roku prze­stać go­nić swój wła­sny ogon i za­cząć cie­szyć się ży­ciem?

Bo nie da się mieć dwóch rze­czy na­raz.

Mu­szę więc zwe­ry­fi­ko­wać swoje ma­rze­nia.

Jesz­cze nie wiem, co zro­bię. Nie mogę zmie­nić zda­nia w je­den dzień, tak samo jak nie po­win­nam była ro­bić li­sty ma­rzeń zbyt po­chop­nie.

Jak na ra­zie pan wy­wrot­kowy do­stał moje duże „dzię­kuję” oraz „prze­pra­szam” i chwi­lowo wię­cej ziemi nie przy­wie­zie.

A to, co leży przed bramą, musi mi wy­star­czyć, aby mnie znów nie po­nio­sło. Pa­trząc na ko­le­iny, bar­dziej re­ali­stycz­nie po­dejdę do tego, czego na­prawdę chcemy ja i moja ro­dzina, i do tego, czego po­trze­bu­jemy do szczę­ścia.

A Wy co by­ście zro­bili?

Po­świę­ci­li­by­ście ko­lejny rok na re­ali­za­cję ma­rze­nia, które być może jest tylko fa­na­be­rią, czy od­pu­ści­li­by­ście, aby nie tra­cić czasu?

Czy ry­zy­ko­wa­li­by­ście na­stępny rok, aby po­czuć sa­tys­fak­cję, pi­jąc te drinki z pa­ra­solką?

Nie jest to tylko kwe­stia drinka i stawu. Ta­kie dy­le­maty mogą do­ty­czyć wszyst­kiego, co ma­te­rialne, i nie tylko.

Cią­głego biegu za ko­lej­nym te­le­fo­nem, no­wym sa­mo­cho­dem, eg­zo­tyczną wy­cieczką, no­wymi bu­tami czy zdo­by­wa­niem ty­tu­łów przed na­zwi­skiem.

Czy we­dług Was taka go­ni­twa kie­dy­kol­wiek się skoń­czy, czy bę­dzie trwała tak długo, aż sami po­wiemy „stop”?

I kiedy po­wie­dzieć „stop”?

Za­zwy­czaj sama sta­ram się wy­cią­gać wnio­ski z mo­ich wła­snych prze­my­śleń, prze­le­wa­jąc je na pa­pier.

Dzi­siaj jed­nak je­stem kom­plet­nie w czar­nej… ko­le­inie.