Część I

Roz­dział ósmy

 

 

Hi­sto­ria zni­ka­ją­cej ście­reczki

 

 

Opo­wiem Wam dzi­siaj hi­sto­rię zni­ka­ją­cej ście­reczki.

W moim domu w dniu jak każdy inny zda­rzyło się coś, co spo­wo­do­wało, że znów mi się w gło­wie i w sercu po­ukła­dało parę spraw.

 

Kuch­nia.

Zlew.

Na­czy­nia.

Szafka pod zle­wem.

Uchwyt od szafki.

Ście­reczka do wy­cie­ra­nia na­czyń.

 

Ście­reczka ma być tam za­wsze.

Za­wsze wtedy, kiedy jej po­trze­buję.

Myję na­czy­nia lub dło­nie i bez­wied­nie opusz­czam ręce w dół.

Na­tra­fiam na ście­reczkę, wy­cie­ram i już.

Pro­sta, ru­ty­nowa czyn­ność.

 

Czyn­no­ści ta­kich jak ta wy­ko­nu­jemy w ciągu dnia mi­liony.

Nie za­sta­na­wiamy się nad nimi. Dzieją się one same.

Nie mają więk­szego zna­cze­nia i na­wet ich nie za­uwa­żamy.

 

Nie za­uwa­żamy ich do­póki, do­póty ktoś cze­goś nie po­mie­sza w ukła­dzie.

I za­wsze – ale to za­wsze – do za­mie­sza­nia do­cho­dzi wtedy, gdy w kuchni po­jawi się mąż.

 

Kuch­nia.

Zlew.

Na­czy­nia.

Szafka pod zle­wem.

Uchwyt od szafki.

………………

Ście­reczki brak.

Aaaaaaaaaaaa!!!!!!

Gdzie jest ście­reczka?

W prawo – wę­żyk kro­pel na pod­ło­dze – ścierki nie ma.

W lewo – wę­żyk kro­pel na pod­ło­dze – ścierki nie ma.

Ob­rót w tył.

Jest!… Na końcu blatu.

Mam.

Ręce su­che, za to pod­łoga mo­kra.

Wrrrrrrrrrrrrrr!

Lecę więc po mopa i ga­dam pod no­sem jak na­wie­dzona:

– że ście­reczka ma być pod zle­wem,

– że ma być pod ręką,

– że do prze­no­sze­nia go­rą­cych garn­ków jest rę­ka­wica,

– że po wy­tar­ciu szkla­nek ście­reczkę od­wie­sza się tam, gdzie była,

– bo ście­reczka ma w kuchni swoje miej­sce,

– że na­leży ją trak­to­wać jak te­le­fon, który za­wsze tra­fia do ła­do­warki.

I ga­dam, i ga­dam w kółko to samo, za każ­dym ra­zem.

Nie ga­da­ła­bym, gdyby to się zda­rzyło raz, ale po wy­tar­ciu pod­łogi mija go­dzina.

Sprzą­tamy po ko­la­cji.

Zmy­wam pa­tel­nie, myję ręce i co?

I K…A MAĆ, ŚCIERKI NIE MA!

Aaaaaaaa!!!!!!!!!!!!

Znowu!!!!!!!!!!!!

Czy to ta­kie skom­pli­ko­wane?

 

Sy­tu­acji typu ście­reczka jest w domu wiele.

Ciemne ciu­chy wrzu­cone przez mo­jego syna do ko­sza z ja­snymi rze­czami.

Si­ka­nie na de­skę klo­ze­tową przez młod­szego.

Ślady łap psa na wy­pa­sto­wa­nej pod­ło­dze lub ja­snej ka­na­pie.

Po­za­pa­lane świa­tła na pię­trze.

Zni­ka­jące ta­le­rze z szu­flady ich prze­zna­cze­nia.

Buty, które wy­glą­dają, jakby same we­szły do domu i nie­śmiało za­trzy­mały się w holu w roz­kroku.

 

A ja cho­dzę i ga­dam, i bur­czę, i od­kła­dam wszystko na swoje miej­sce.

I po­wta­rzam jak man­trę re­guły wspól­nego funk­cjo­no­wa­nia w domu:

– wszystko w tym domu ma swoje miej­sce,

– tylko dzięki temu mogę wam przez te­le­fon po­wie­dzieć, gdzie jest gwa­ran­cja na mik­ser za­ku­piony dwa lata temu, i tylko dzięki temu mo­że­cie bez­wied­nie wy­cią­gnąć rękę przed sie­bie i znaj­dzie­cie, czego tylko so­bie za­pra­gnie­cie, tam, gdzie się tego spo­dzie­wa­cie,

– nie wkła­dam wam ja­błek do chle­baka ani młotka do kubka na szczo­teczkę do zę­bów,

– każdy przed­miot ma swoje prze­zna­cze­nie i miej­sce – KAŻDY!!! ZROZUMIANO???

 

W końcu je­stem sama w domu.

Wy­je­chali.

Błogi spo­kój.

I wszystko na swoim miej­scu.

Ide­al­nie.

Jak okiem się­gnąć wszystko jak w woj­sku na war­cie – go­towe do użytku.

 

Wstaję od stołu – czy­stego.

Za­bie­ram ta­lerz po ko­la­cji.

Wsta­wiam go do zmy­warki – pu­stej (cu­dow­nie :)).

Prze­cie­ram blat i ostatni raz oglą­dam czy­stą kuch­nię.

Za chwilę zga­szę świa­tło i mogę iść spać.

I wtedy wzrok mój pada na…

ście­reczkę.

 

Wisi zło­żona rów­niutko na rączce od szafki.

Go­towa.

Nikt jej nie za­brał.

I wtedy ogar­nia mnie smu­tek.

 

Na­stęp­nego dnia, gdy wró­cili do domu, wszystko wró­ciło do normy.

Buty w holu, za­pa­lone świa­tła, ob­si­kana de­ska i… zni­ka­jąca ście­reczka.

W prawo – wę­żyk kro­pel na pod­ło­dze – ścierki nie ma.

W lewo – wę­żyk kro­pel na pod­ło­dze – ścierki nie ma.

Ob­rót w tył.

Jest!… Na końcu blatu.

Mam.

Ręce su­che, za to pod­łoga mo­kra.

Je­dyna róż­nica to, że nie ma już „wrrrrrrrrrrrr!”.

Idę po mopa i glę­dzę.

Glę­dzę dla za­sady, bo re­guły mu­szą znać.

Ale glę­dzę z uśmie­chem na twa­rzy i spo­ko­jem w sercu.

Z wdzięcz­no­ścią, że mój dom żyje, że oni są…