Część I

Roz­dział pięt­na­sty

  

Dupa blada

 

 

Wła­śnie sie­dzę w sa­mo­lo­cie w dro­dze po­wrot­nej do domu po ośmiu dniach urlopu w miej­scu, gdzie ro­sną pa­lemki i słońce świeci nie­mi­ło­sier­nie.

Szczę­śliwa, że w końcu uści­skam swo­jego psa i wy­śpię się we wła­snym łóżku tuż po tym, jak we­zmę prysz­nic we wła­snej ła­zience.

Spoj­rzę w lu­stro i po­wiem so­bie:

O dupa blada!”.

Jak ja się po­każę lu­dziom?

Wy­śmieją mnie i po­wie­dzą:

Co to za wa­ka­cje, skoro ty wcale się nie opa­li­łaś? My w na­szym ogródku mie­li­śmy w długi week­end dwa­dzie­ścia stopni i się bar­dziej opa­li­li­śmy niż ty na tym swoim wy­jeź­dzie. Po co było le­cieć tak da­leko?”.

W gło­wie świer­go­czą mi te py­ta­nia za­da­wane przez te­le­fon przez wszyst­kich zna­jo­mych, z któ­rymi mia­łam oka­zję roz­ma­wiać:

– Po­godę ma­cie?

– Opa­la­cie się?

– Zja­ra­łaś się już?

 

Wy­chy­lam więc głowę zza fo­tela i roz­glą­dam się po sa­mo­lo­cie. Wi­dzę sześć ły­sych głów przed sobą – cho­lera, brą­zowe i czer­wone. Bla­dych nie ma.

Za­mie­niam się w sowę i pa­trzę do tyłu – tylko trzy rzędy sie­dzeń, ale wśród tych osiem­na­stu twa­rzy nie ma ani jed­nej w od­cie­niu per­ga­minu. A NIE!!! JEST!!! Jedna ruda dziew­czynka. Ale ta ma za to dwa wiel­kie, czer­wone ru­mieńce. Tylko moja ro­dzina za­miast brą­zowa lub bu­ra­czana jest zwy­czaj­nie be­żowa. Czy coś z nami nie tak?

 

Nie­eeeeee. Wszystko z nami w po­rządku. Wra­camy prze­cież z wa­ka­cji, a nie z na­świe­tlań. Te­raz, to zna­czy na tym eta­pie mo­jego ży­cia, mo­jej świa­do­mo­ści, mo­jego po­czu­cia szczę­ścia i speł­nie­nia, wa­ka­cje ko­ja­rzą mi się bło­gim lu­zem. Z od­po­czyn­kiem, re­lak­sem, ra­do­ścią, spo­ko­jem. Nie z pre­sją, po­czu­ciem obo­wiązku, udo­wad­nia­niem cze­go­kol­wiek ko­mu­kol­wiek. Wa­ka­cje to:

– osiem dni wsta­wa­nia o tej po­rze, o któ­rej nam się po­do­bało, tak zwane spa­nie do końca,

– śnia­da­nia na ta­ra­sie w sa­mym stroju ką­pie­lo­wym,

– soki ze świe­żych owo­ców,

– wy­le­gi­wa­nie się na słońcu w celu wy­grza­nia ko­ści i pod­nie­sie­nia po­ziomu wi­ta­miny D w or­ga­ni­zmie,

– czy­ta­nie ksią­żek w cie­niu,

– plu­ska­nie się w ba­se­nie i ucieczka pod pa­ra­sol na słu­cha­nie mu­zyki w słu­chaw­kach,

– po­po­łu­dniowe spa­cery,

– ko­la­cje przy świe­cach i wi­nie pod go­łym nie­bem,

– roz­mowy, ry­so­wa­nie i pi­sa­nie tek­stów do dru­giej nad ra­nem.

A wszystko to prze­pla­tane żar­tem, śmie­chem, ci­szą, sek­sem, szu­ra­niem klap­kami, nu­ce­niem pod no­sem, uści­skiem dłoni, ca­łu­sami, gil­go­ta­niem syna i oglą­da­niem jego wy­głu­pów.

 

I te­raz: czy o ja­ko­ści wa­ka­cji mają de­cy­do­wać po­ziom mo­jej opa­le­ni­zny i liczba zdjęć pod pal­mami wrzu­co­nych na Fa­ce­bo­oka? Czy to wła­śnie musi być ce­lem mo­jego urlopu? Po­ka­za­nie i udo­wod­nie­nie in­nym, że wy­po­czę­łam? Czy może ce­lem jest wy­po­czę­cie, cza­sem zła­pane w obiek­ty­wie i ob­myte słoń­cem do po­ziomu mo­jej wy­trzy­ma­ło­ści na upał?

 

Uwiel­biam słońce, uwiel­biam cie­pły kli­mat, ale to nie zna­czy, że ma mi on wy­cho­dzić bo­kiem. Albo przez skórę. Uwiel­biam zdję­cia – i ro­bić, i oglą­dać (po­zo­wać już mniej), ale tylko wtedy, gdy mam na to ochotę, a nie „bo mu­szę”. W związku z tym na Fa­ce­bo­oku po­ja­wiły się aż cztery fotki, w tym jedna z do­pi­skiem:

Pie­czeń z Moni. Śred­nio wy­pie­czona jak na ra­zie. Jesz­cze tro­chę i bę­dzie well done”.

Po zro­bie­niu zdję­cia swego czer­wo­nego z go­rąca ob­li­cza, w wiel­kim, bia­łym ka­pe­lu­szu i z oku­la­rami na no­sie ze szkłami wiel­ko­ści ta­le­rzy­ków de­se­ro­wych, czyli po mniej wię­cej dzie­się­ciu mi­nu­tach skwier­cze­nia, wsta­łam i po­wie­dzia­łam:

– Pi­tole to! Za go­rąco. Idę do cie­nia. Po co mam się mę­czyć? Je­stem well done i nie mu­szę być over­co­oked.

Wszyst­kim ży­czę, aby w let­nim se­zo­nie wy­po­czy­wali, jak tylko mogą i jak tylko lu­bią. Szczę­ście się od­czuwa i nim ema­nuje, a nie je po­ka­zuje i udo­wad­nia