CZĘŚĆ III

Roz­dział drugi

 

Chcesz po­móc ? Nie prze­szka­dzaj

 

 Wy­obraź­nia jest waż­niej­sza od wie­dzy,

po­nie­waż wie­dza jest ogra­ni­czona.

– Al­bert Ein­stein

 

 

 

Dziecko z na­tury ma otwarte serce.

Umysł, któ­rego po­win­ni­śmy mu szcze­rze za­zdro­ścić.

To my po­win­ni­śmy uczyć się od dzieci po­strze­ga­nia świata, siły walki, de­ter­mi­na­cji w dą­że­niu do ce­lów. A może na­wet nie uczyć, tylko pa­trząc na dziecko, przy­po­mnieć so­bie, czym one są.

 

Na­szym za­da­niem jest stwo­rzyć wa­runki, w któ­rych młody czło­wiek bę­dzie mógł roz­wi­jać te umie­jęt­no­ści, a nie za­kła­dać ob­rę­cze uci­ska­jące jego mały wielki umysł. Ale o tym pi­sa­łam już w tek­ście Dziecko w kar­to­no­wym pu­de­łeczku.

 

Cza­sami jed­nak, mimo wiel­kich chęci, nie wy­cho­dzi nam to i dziecko z dnia na dzień za­czyna my­śleć ste­reo­ty­pami, wy­co­fy­wać się i uży­wać zwro­tów:

Ja nie wiem,

ja się boję,

ja nie po­tra­fię,

ja nie umiem,

nu­dzi mi się,

bez sensu,

je­stem głupi”.

 

Niby dla­czego tak mówi?

Co się stało, że tak na­gle prze­stało do­strze­gać mi­liony moż­li­wo­ści?

Drogi ewa­ku­acyjne z za­mknię­tych sy­tu­acji.

Stra­ciło ra­dość two­rze­nia i po­szu­ki­wa­nia.

Ra­dość do­świad­cza­nia.

 

Ja wiem co.

Dziecko stało się ofiarą GOTOWCÓW.

 

* Idź na dwór – weź fo­remki, weź ro­we­rek, weź rolki, weź ska­kankę.

* Po­baw się w po­koju – masz do­mek dla la­lek, zdal­nie ste­ro­wany sa­mo­chód, klocki z in­struk­cją, fi­gurki z wgra­nymi dia­lo­gami.

* Idź na bal prze­bie­rań­ców – masz ko­stium z wy­po­ży­czalni lub ku­piony przez in­ter­net.

* Za­grajmy w gry – tu mamy plan­szę, tu pionki, tu kostkę, a tu re­guły.

* Idź na lek­cję tańca – trzy kroki w prawo, trzy w lewo, to jest cza-cza, a to zumba. Taki styl i ta­kie tempo.

* Idź na lek­cję pla­styki – ma­lu­jemy je­sień, ma­lu­jemy por­tret, dzi­siaj od­bi­jamy na kartce dło­nie po­ma­lo­wane farbą, a ju­tro ro­bimy bał­wany z pla­ste­liny.

 

Wszystko pod dyk­tando, wszystko te­ma­tycz­nie.

A my, szczę­śliwi ro­dzice, za­pi­su­jemy dzieci na mi­lion za­jęć do­dat­ko­wych, aby się roz­wi­jało.

W końcu czy­tamy ar­ty­kuły o tym, jak ważne jest, aby poza lewą pół­kulą mó­zgu, od­po­wie­dzialną za lo­giczne my­śle­nie, roz­wi­jała się rów­nież ta prawa, kre­atywna część.

O, jak my dbamy o na­sze dziecko – niech ma­luje, niech śpiewa, niech staje na de­skach.

I jesz­cze na za­ję­cia my­śle­nia kre­atyw­nego je za­piszmy, ale może gdzieś tak w trze­ciej kla­sie, bo te­raz to ma ję­zyk an­giel­ski i nie star­czy mu czasu.

 

BZDURA!

My nie mamy po­ma­gać kre­atyw­no­ści dziecka.

My mamy jej NIE PRZESZKADZAĆ!

Kre­atyw­ność dziecko ma we krwi od pierw­szego dnia.

My mamy jej nie ogra­ni­czać.

Nie blo­ko­wać po­przez pod­ty­ka­nie go­tow­ców.

Nie ha­mo­wać jej roz­woju.

 

Nie zro­zum­cie mnie źle.

Nie mó­wię, że te wszyst­kie za­ję­cia, które opi­sa­łam przed chwilą, do ni­czego się nie na­dają.

Mój syn rów­nież cho­dzi na ba­sen, ję­zyk, te­nisa i judo – taki ma pro­gram w szkole.

I je­stem z tego pro­gramu za­do­wo­lona.

Ma też klocki Lego i zdal­nie ste­ro­wane sa­mo­chody.

Ogląda te­le­wi­zję jak każdy inny sze­ścio­la­tek.

 

Ale każ­dego dnia, od­kąd się uro­dził, jest w na­szym domu pe­wien czas. I nie jest to pięć mi­nut czy go­dzina. Jest to czas, kiedy dziecko jest po­zo­sta­wione samo so­bie tak długo, jak tylko ze­chce. Może wtedy prze­by­wać w swoim świe­cie fan­ta­zji. Może być re­ży­se­rem, sce­na­rzy­stą i ak­to­rem w jed­nym. Ja je­stem wtedy wi­dzem lub sta­ty­stą. 🙂

Nie ma go­to­wych ele­men­tów.

Wszyst­kie chwyty do­zwo­lone.

I wtedy dzieją się cuda.

 

Ka­mie­nie zmie­niają się w pla­nety.

Ga­łę­zie – w mie­cze.

Koce stają się ska­łami.

A mi­sie mó­wią ludz­kim gło­sem.

W po­wie­trzu la­tają ptaki i sa­mo­loty.

Eks­plo­zje sły­chać z kuchni i ła­zienki.

Mój dom żyje. Żyje świa­tem fan­ta­zji mo­jego syna. Uwiel­biam to.

Uwiel­biam, kiedy syn po­ko­nuje nie­wi­dzialne prze­szkody i wal­czy z nie­ist­nie­ją­cymi wro­gami.

 

Gdy wy­cho­dzi przed dom, za­bawki też ra­czej nie są po­trzebne.

Są prze­cież ka­mie­nie, śli­maki i li­ście.

 

I kto po­wie­dział, że ten po­twór to musi być smok czy Go­dzilla?

Prze­cież to może być Uru­buru.

Czy ktoś go wi­dział?

Nie? Jak to nie?

Mój syn wi­dział.

A skoro wi­dział, to zna­czy, że Uru­buru ist­nieje.

Kto po­wie­dział, że Układ Sło­neczny musi mieć ogra­ni­czoną liczbę pla­net?

Tak mó­wią.

Mój syn to wie, ale… jesz­cze trzy do­dat­kowe mogą się po­ja­wić.

Żółta, zie­lona i fio­le­towa.

Może kie­dyś ktoś je znaj­dzie.

 

Nie ma ba­rier w świe­cie fan­ta­zji.

Nie ma ogra­ni­czeń wy­obraźni.

Za­nim coś się stwo­rzy, naj­pierw trzeba to so­bie wy­obra­zić.

 

Po­zwólmy dziecku roz­wi­jać wro­dzoną umie­jęt­ność two­rze­nia cze­goś z ni­czego.

Do­ce­niajmy to, do­pin­gujmy dziecko, mo­ty­wujmy, in­spi­rujmy.

Kiedy do­ro­śnie, nie bę­dzie sy­tu­acji bez wyj­ścia.

Nie bę­dzie za­mknię­tych drzwi.

Wszystko bę­dzie moż­liwe.

Kiedy więc ko­lejny raz usią­dziesz do za­bawy z dziec­kiem, nie mów: „To w co się po­ba­wimy?”, tylko spy­taj: „To co dzi­siaj stwo­rzymy?”.

Ucz się od dziecka nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści.

 

Nie ma ogra­ni­czeń w do­bo­rze ma­te­riału przy re­ali­za­cji fan­ta­zji. Za­wsze się coś znaj­dzie. Nie ma, że nie ma.