Część I

Roz­dział czwarty

 

 Bar­ter, pa­so­żyt­nic­two, sym­bioza po­zy­tyw­nych wi­bra­cji

 

 

Bar­ter (wi­bra­cji nie do końca po­zy­tyw­nych)

Ro­bo­ciki, ro­bo­ciki.

Biedne ma­szynki z try­bi­kami za­miast serc.

Sa­motni, nie­szczę­śliwi, a wciąż pewni sie­bie.

Cią­gle ana­li­zują za i prze­ciw.

Obie­rają stra­te­gie i do­pa­so­wują nie­zbędne ma­ski.

Za­kła­dają je jedną na drugą w tylu war­stwach, że już na­wet nie pa­mię­tają, że gdzieś pod spodem jest coś per­fek­cyj­nie za­pro­jek­to­wa­nego, na­tu­ral­nie do­pa­so­wa­nego, ide­al­nie wła­ści­wego.

Tak bar­dzo boją się wsłu­chać w sie­bie i zro­bić coś ot tak – zu­peł­nie nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

Han­dlują sło­wami, ge­stami, czy­nami, my­ślami.

Każda po­chwała z ich ust wiąże się z po­czu­ciem ko­niecz­no­ści od­wza­jem­nie­nia, a jej spon­ta­niczne przy­ję­cie – z po­gardą dla sa­mego sie­bie.

Ale ro­bo­cik spo­tyka w końcu in­nego ro­bo­cika i bar­ter trwa.

Ja to­bie – ty mnie.

Ty mnie, za­nim ja to­bie.

Jak ty mnie tyle, to ja to­bie od­mie­rzę do­kład­nie tyle samo, żeby się zbyt dużo emo­cji nie wy­lało. Ko­lejne trzeba bę­dzie prze­cież WY-PRO-DU-KO-WAĆ.

Po co więc mar­no­traw­stwo, je­śli normy zo­stały już usta­lone?

Żeby wy­jąć, trzeba wło­żyć.

Ile trzeba wło­żyć, aby wy­star­cza­jąco dużo przy­jąć w do­wo­dzie wdzięcz­no­ści?

Lajk za lajk na start.

Ży­cie za ży­cie na ko­niec.

 

Pa­so­żyt (wy­łu­dza­nie po­zy­tyw­nych wi­bra­cji)

Biedny, smutny, smętny pa­tyk.

Sztywny, z przy­kle­joną jak sko­rupa, grubą, nie­zmienną ma­ską po­krzyw­dzo­nego.

Naj­słab­szy, naj­bar­dziej kru­chy, w sa­mym cen­trum uwagi.

Zmar­z­nięty, zgłod­niały, spra­gniony.

Reszta zie­lo­nych ga­łą­zek krąży wo­kół i dzieli z nim kro­ple ra­do­ści.

A pa­tyk je chło­nie i chło­nie.

In­stynk­tow­nie szuka naj­lep­szego dawcy.

Naj­bar­dziej zie­lo­nej ga­łązki. Peł­nej ży­cia i na­dziei. Ta­kiej, która try­ska szczę­ściem.

I pa­tyk nie prosi.

On tylko pła­cze.

I pła­cząc, mar­nuje to, co do­staje.

A ga­łązka?

Mi­ło­sierna jak sa­ma­ry­ta­nin rzuca się na ra­tu­nek.

I jak stru­mie­niem ob­lewa go swoim szczę­ściem.

Płacz nie ustaje, ma­ska nie znika, a stru­mień traci na sile.

Nie opu­ści jed­nak bied­nego pa­tyka, bo jak mo­głaby po­tem żyć?

Aż w końcu wy­sy­cha.

U stóp swego kata.

Z po­czu­ciem winy, że nie speł­niła swej mi­sji.

 

Sym­bioza (czy­sto po­zy­tyw­nych wi­bra­cji)

Kar­na­wał trwa!

Ma­ski na twarz!

 

I ta­niec, i śpiew,

i ra­dość, i szum.

Ogromny tłum!

 

A w tłu­mie jest ktoś,

nie­znany gość,

co po­rwie Cię w rytm.

 

Choć nie znasz kro­ków,

po­czu­jesz to coś.

I znika gość…

 

Wciąż krę­cisz się w koło.

A niech Ci za­bro­nią!

Bo czu­jesz ten rytm!

 

Ktoś w ką­cie ma dół,

pod­piera więc mur.

Part­ner do tańca ża­den.

 

Lecz łap go za dłoń

i wcią­gnij w ten prąd.

Ener­gię mu daj bez żalu.

 

I puść go za mo­ment.

Niech tań­czy już sam,

niech try­ska ra­do­ścią wo­koło.

 

I pa­trz z sa­tys­fak­cją,

jak po­śród par

znaj­duje sa­motną istotę.

 

I ra­zem z nią

chcą stwo­rzyć krąg.

Szczę­śli­wie im się udaje.

 

Więc usiądź na ławce,

złap od­dech,

uspo­kój my­śli.

 

Za­uważ i pod­nieś…

Bo on jest dla Cie­bie.

To puz­zel szczę­ścia spadł z li­śćmi.